Share

Liczy się wrażenie artystyczne! - wywiad z Krzysztofem Bochusem

Rafał Bielski: W swoim zawodowym życiu był Pan już uznanym dziennikarzem, szefem marketingu w jednej z największych korporacji w Polsce, a nawet udziałowcem spółki deweloperskiej. Co skłoniło Pana do zajęcia się literaturą?

Krzysztof Bochus: Niektórzy mężczyźni nigdy nie wyrastają ze swoich marzeń. Ja do takich należę. Moim pragnieniem „od zawsze" było napisanie pełnokrwistej powieści. Jestem autorem setek tekstów i materiałów dziennikarskich, ale zawsze brakowało czasu na realizację tego pierwotnego zamierzenia. Dwa lata temu, ze względów zdrowotnych, musiałem zawiesić karierę menadżerską na kołku. Sprawa była poważna. Czekała mnie skomplikowana operacja serca, a jej wynik był mocno niepewny. Pomyślałem, że jeśli nie teraz – to kiedy? Czekając na zabieg zacząłem pisać, przelewałem na papier pomysły, detale i rozwiązania, które od dawna magazynowałem w swojej głowie. Na szczęście wszystko ułożyło się pomyślnie. W ten sposób zostałem pisarzem. A wielość moich poprzednich wcieleń? Taki zestaw doświadczeń tylko pomaga. Uważam, że aby pisać o strachu, samotności, przemijaniu czy lęku przed śmiercią – a to jest tworzywo moich powieści – należy najpierw samemu coś przeżyć.

Czy doświadczenie dziennikarskie pomaga czy też wręcz przeciwnie – raczej przeszkadza w profesji pisarza?

KB: To oczywiście, dwa oddzielne światy. Reportaż, który uprawiałem przez lata, wymagał wierności wobec faktów i opisywanej rzeczywistości. To profesja trudna i niewdzięczna. Trzeba mieć grubą skórę, aby wchodzić oknem, gdy wyrzucają cię drzwiami. Jako gatunek reportaż wymaga języka lapidarnego, skupionego na faktach, a nie subiektywnych odczuciach samego reportera. Przy tym wszystkim to zajęcie bardzo mało komfortowe, wykonywane z reguły w terenie, z dala od klimatyzowanych redakcji. Natomiast literatura gatunkowa to domena swobodnej imaginacji i wyobraźni pisarza, czyli odmienny, trochę „salonowy" biegun. Przywołajmy powiedzenie Einsteina: „Logika prowadzi nas od punktu A do B, wyobraźnia zabierze nas wszędzie". Jednocześnie jednak reportaż jako gatunek uczy dyscypliny – nie tylko myślenia, ale także słowa. W tym sensie jest dobrą szkołą zawodu. Dlatego bezbłędnie rozpoznaję kolegów po piórze, którzy mają za sobą dziennikarską przeszłość. Poza tym zawsze przykładałem wielką wagę do stylu moich powieści. Dbam o język, dla mnie jest on nie tylko narzędziem do popychania akcji do przodu – ale także nośnikiem opisywanych emocji i nastrojów. Sięgając po porównanie z jazdy figurowej na lodzie: liczy się nie tylko ilość potrójnych skoków, ale także wrażenie artystyczne.

Pańskie retrokryminały dzieją się w latach 30. ubiegłego stulecia na niemieckim Pomorzu. W tle zawsze jawi się historia: mroczna, trudna, rzucająca długi cień na losy bohaterów.

KB: Lata trzydzieste interesują mnie w sposób szczególny. Historia świata mogłaby potoczyć się inaczej, gdyby politykom i zwykłym ludziom nie zabrakło w tych newralgicznych momentach hartu, siły charakteru i wyobraźni. Uważam, że jako ludzie i społeczeństwa, popełniamy ciągle te same błędy. Mamy krótką pamięć historyczną, nieustannie dajemy się wodzić na manowce różnym fałszywym prorokom i wodzom. Zmieniają się kostiumy historyczne, zakładamy różne maski, ale ludzie – ze swoją mroczną naturą i słabościami – pozostają ciągle tacy sami. Tak samo wieczna i nieprzemijalna jest również żądza władzy i pieniądza czy też fascynacja obłąkańczymi ideami. O tym także są moje książki.

Na fabularnej mapie pańskiej trylogii pojawiają się same intrygujące miejsca: katedra w Kwidzynie, zamek malborski, sopocki „Weltbad", Elbląg czy Frombork.

KB: To zabieg celowy, ale w jakiejś mierze nieuchronny. Wyznaję zasadę, że muszę dobrze znać miejsca, w których lokuję akcję swoich powieści. Moje książki są fizykalne i namacalne, pełne zapachów, doznań i impresji. Dlatego marszruta zbrodni wiedzie przez miasta dobrze mi znane. Jednocześnie jednak te gotyckie katedry, jak w Kwidzynie czy Fromborku, ceglane zamki, sopockie wille z drewnianymi werandami czy ponure doki Gdańska, w których można było za nic „zarobić kosę" – to także idealna, bardzo plastyczna sceneria dla powieści kryminalnych. Dlatego świadomie po nią sięgam. Proszę jednak pamiętać, że sceneria jest ważna – ale nie najistotniejsza. Jako autor kryminałów param się literaturą rozrywkową. Chciałbym dostarczać ludziom godziwej rozrywki. O to przecież chodzi: żeby zaciekawić Czytelnika, fundując mu dwa, trzy wieczory relaksu i ucieczki od szarzyzny za oknem. Dlatego, bardzo się staram się, aby akcja była wartka, moi bohaterowie nieszablonowi i zapadający w pamięć, a intrygi – oryginalne i zaskakujące jednocześnie. Na własny użytek, określam swoje książki jako powieści kryminalne dla koneserów. Tworzę dla osób w jakiejś mierze podobnych do mnie: szukających w kryminałach nie tylko intrygi i akcji, ale także wartości dodanej, jaką – mam nadzieję – dla moich Czytelników stanowią wątki dotyczące zagadek historii, dziejów Wolnego Miasta Gdańska, sztuki, Kabały czy mennonitów. Moim marzeniem jest, aby „smakowali" moje książki i aby pozostały w ich pamięci na dłużej.

Kryminały historyczne wymagają od ich twórców dodatkowego wysiłku: żmudnej kwerendy, studiowania źródeł, pieczołowitego odwzorowywania realiów, detali, a nawet topografii opisywanych miejsc. Czy to się w ogóle opłaca? Mówiąc wprost – czy historia nie jest balastem, zniechęcającym już na starcie czytelników, szukających w literaturze gatunkowej tylko czystej rozrywki?

KB: To dobre pytanie. Na pewno jako autorzy parający się tym gatunkiem mamy trudniej i zdecydowanie pod górkę. Napisanie kryminału zakotwiczonego w historii wymaga czasami wielomiesięcznych przygotowań i żmudnej benedyktyńskiej kwerendy. Zanim zasiadłem do napisania „Szkarłatnej głębi" musiałem zgłębić dzieje pomorskich mennonitów, odwiedzić ich cmentarze, dotrzeć do źródeł opisujących kopalnię bursztynu w dawnym Palmnicken na Sambii. To wymaga czasu i atłasu. O wiele prościej byłoby umieścić fabułę w jakimś współczesnym polskim mieście, bez zawracania sobie głowy topografią, architekturą czy modą sprzed prawie stu lat. Ale wszystko jest kwestią motywacji. Nie chodzi przecież o to, by było łatwiej – tylko aby było, jak należy. Oczywiście, jak każdy pisarz, marzę o dobrej sprzedaży i zabiegam o nią. Ale równie ważne jest dla mnie poczucie, że tworzę coś wartościowego, trwałego, co pozostanie w pamięci czytelników. A najlepiej czułem się do tej pory właśnie w opowieściach rzucanych na tło historyczne, w tej dziedzinie widziałem dla siebie największe szanse na wyróżnienie się i znalezienie własnej literackiej ścieżki. To nie oznacza jednak, że nie spróbuję czegoś innego, zanurzonego we współczesności. Właśnie pracuję nad powieścią współczesną.

We wszystkich pańskich książkach cechą konstytutywną jest swoisty melanż literackiej fikcji i prawdy historycznej. Bohaterowie wymyśleni koegzystują z postaciami autentycznymi, takim jak gauleiter Forster, Hermann Goering czy sam Adolf Hitler. To chyba dosyć ryzykowny zabieg?

KB: To moja spécialité de la maison. Uważam, że taki zabieg dodaje kolorytu i wiarygodności moim książkom. Oczywiście, wymaga on dokładności, o pomyłkę czy wręcz śmieszność, bardzo tu łatwo. Zilustruję tę tezę przykładem. Zanim opisałem w „Szkarłatnej głębi" scenę, w której wystąpił nowy kanclerz Hitler, uważnie przestudiowałem literaturę źródłową, a zwłaszcza wspomnienia przyjaciela Hitlera z lat wiedeńskiej tułaczki, Augusta Kubizka. Opisał on scenę swojej wizyty u kanclerza, po wielu latach, podczas których nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Kubizek poprosił o różne przysługi natury prywatnej – i otrzymał je od dawnego towarzysza niedoli. Hitler, przy całej swej zbrodniczej osobowości, potrafił bowiem zachowywać się lojalnie, zwłaszcza wobec dawnych kolegów frontowych. Tak więc taka audiencja, jak ta opisana w mojej książce, mogła się zdarzyć. Dodam, że opisując tę scenę odwzorowałem nawet wygląd starej Kancelarii Rzeszy, w której kanclerz wtedy urzędował, zanim Albert Speer wybudował mu nową. Taką mam technikę pracy. Jest czasochłonna, ale pozwala na intelektualny dialog z bardziej wymagającym czytelnikiem, który, mam nadzieję, doceni takie wisienki na kryminalnym torcie.

Skąd czerpie Pan pomysły na fabuły swoich książek? Czy one także wiążą się z autentycznymi zdarzeniami z przeszłości?

KB: W „Martwym błękicie" punktem wyjścia całej intrygi uczyniłem skandal, który wstrząsnął niegdyś Sopotem. Erich Laue, długoletni burmistrz miasta, człowiek bardzo zasłużony dla rozbudowy kurortu, został w 1933 roku aresztowany pod zarzutem korupcji przy budowie Kasino Hotelu. Właśnie to skandaliczne wydarzenie, które wstrząsnęło sopocką śmietanka towarzyską, stanowi zalążek intrygi kryminalnej w mojej książce. Pierwsza ofiara: bogaty kolekcjoner i kabalista Saul Rottenberg jest wprawdzie postacią fikcyjną, ale w jakimś sensie archetypiczną. Mój bohater mógłby być sąsiadem choćby znanego sopockiego kolekcjonera Augusta Claaszena, mieszkającego zresztą przy tej samej książkowej Ernsstrasse czy Friedricha Basnera, który w swoim pałacu nawiązującym do architektury zamku malborskiego, zgromadził wspaniałe zbiory sztuki, liczące kilka tysięcy eksponatów. Rottenberg trochę ich przypomina. Równie dramatyczne jak losy kolekcji Rottenberga były także dzieje żydowskich kolekcji dzieł sztuki, na które naziści polowali nawet w czasie największego natężenia działań wojennych. A to ta właśnie historia stanowi oś fabularną książki. Najczęściej jednak zdarzenia autentyczne są tylko luźną inspiracją dla wymyślanej fabuły. Nie zapominajmy, że rozmawiamy o literaturze gatunkowej. Powinna ona dostarczyć czytelnikom przede wszystkim godziwej rozrywki, pozbawionej dramaturgicznych mielizn, trzymającej w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Najważniejsza jest opowiadana historia i prowadzący ją, niczym przewodnik stada, charyzmatyczny i wyrazisty bohater. Jeśli jakieś autentyczne wydarzenia z przeszłości mogą dodać pieprzu mojej książce – to byłoby grzechem z nich nie skorzystać.

Pańskiemu bohaterowi Christianowi Abellowi charyzmy odmówić nie sposób. Ale nie wszystkie jego posunięcia wydają się zrozumiałe, to człowiek zagadka.

KB: Tak właśnie miało być. Zależało mi, aby czytelnicy polubili mojego bohatera, sympatyzowali z nim, rozumieli jego słabości. Abell nie jest rycerzem bez skazy. Przeciwnie, jest nieoczywisty, w planie osobistym bardzo oddzielny, czasami wręcz autystyczny. Tak jak wielu z nas. Dlatego łatwiej się z nim utożsamić. Ale przy tym to dobry, wnikliwy i inteligentny policjant z szerokimi horyzontami. To pozwala mu dostrzegać rzeczy niewidoczne dla innych i uparcie docierać do prawdy.

Wspomniał Pan, że zamierza sprobować swoich sił w literaturze bardziej współczesnej.

KB: Popisałem umowę z wydawnictwem Muza na powieść kryminalną, której akcja toczy się w czasie równoległym do obecnego, czyli wiosną 2018 roku. Pojawią się nowi bohaterowie i doczesność, której u mnie dotychczas brakowało. Seryjny morderca, strach paraliżujący Trójmiasto, a w tle moje ulubione wątki związane ze śmiertelnie niebezpiecznymi tajemnicami przeszłości. Książka ukaże się wiosną przyszłego roku.

Czy spotkamy się jeszcze z radcą kryminalnym Christianem Abellem? Czy też „Szkarłatna glębia" to ostatni tom tej pomorskiej serii?

KB: Udzieliłem Christianowi Abellowi rocznego urlopu. Musimy odpocząć od siebie. Jeśli chodzi o ciąg dalszy – wiele zależy od rozmów z wydawcą. Głos decydujący będą mieli jednak czytelnicy, wielbiciele mego nieoczywistego bohatera i jego alter ego, bezpardonowego wachmistrza Kukulki. A oni domagają się powrotu Christiana Abella. Myślę więc, że tom czwarty jednak powstanie. Jego konspekt, a nawet tytuł mam już w głowie.

KRZYSZTOF BOCHUS

Z zawodu dziennikarz, publicysta, wykładowca akademicki, współautor kilku wydawnictw książkowych o charakterze historycznym. Sprawował kierownicze funkcje w wielu redakcjach, m.in. był redaktorem naczelnym miesięcznika „Sukces". Publikował m.in. w „Przeglądzie Tygodniowym", „Wprost" i magazynie „Focus". Autor doskonale przyjętej serii kryminalnej z radcą Christianem Abellem w roli głównej („Czarny manuskrypt", „Martwy błękit", „Szkarłatna głębia"). W swoich kryminałach pieczołowicie odmalowuje tło epoki oraz zręcznie przeplata fikcję literacką z prawdziwymi wydarzeniami.

Liczy się wrażenie artystyczne! - wywiad z Krzysztofem Bochusem
Autor:Krzysztof Bochus

oceń:

Dodaj komentarzKomentarze (0)

ul. Borowskiego 2 lok. 205
03-475 Warszawa

Dane kontaktowe:

+48 22 416-15-81
kontakt@czytamykryminaly.pl 

Newsletter:
Zapisz się do newslettera i otrzymuj
najświeższe informacje ze świata kryminałów.
Zapisując się na newsletter, akceptujesz politykę prywatności
© Czytamy Kryminaly - All Rights Reserved.