Share

Chcę odejść od gatunkowej sztampy! - wywiad z Grzegorzem Kalinowskim

Rafał Bielski: Bardzo rzadko we współczesnej literaturze kryminalnej pojawia się motyw prostytucji. Zastanawiam się, z czego to wynika. Czytając Pogromcę grzeszników, zdałem sobie sprawę z różnicy między dawnymi i współczesnymi domami publicznymi. O tych sprzed lat krążą soczyste opowieści. Wiemy, że toczyło się tam życie, powiedzmy, kulturalne. O tych współczesnych słyszymy tylko zdawkowe plotki. I nikt nie umieszcza akcji powieści w środowisku prostytutek i sutenerów.
Grzegorz Kalinowski: Racja. Częściej domy publiczne widzimy w filmach, które się sprzedają, jeśli zawierają „momenty". A nic tak dobrze nie zapewnia „momentów" jak wizyta bohaterów w agencji towarzyskiej. Nie odpowiem na pytanie, dlaczego tak jest. Warto jednak pamiętać, że w przedwojennej Warszawie był to znacznie poważniejszy problem niż teraz. Piewców ówczesnego stylu życia, elegancji dawnej Warszawy czy Krakowa może spotkać przykra niespodzianka, gdy sięgną do źródeł.

Akcję swoich książek umieszcza Pan w przedwojennej Warszawie. Czy trudne jest pisanie prozy z tłem historycznym?

GK: Nie aż tak, jak mogłoby się wydawać. Temat sutenerstwa poruszają dwie obszerne monografie i sporo artykułów, a przede wszystkim jest on obecny we wspomnieniach Mariana Sękowskiego, warszawskiego taksówkarza. Te wszystkie teksty doskonale oddają koloryt miasta. W dodatku mamy świetne powieści, choćby Isaaca Bashevisa Singera, który odmalował ulicę Krochmalną w ponurych barwach tak, że czytelnik czuje ten świat przeszłości. Pisząc Pogromcę grzeszników, miałem do dyspozycji mnóstwo źródeł. Prasa z upodobaniem relacjonowała zdarzenia z półświatka.

W pańskiej powieści mamy seryjnego mordercę, który zabija...

GK: ...z pewnych powodów. Dajmy czytelnikowi szansę na własną interpretację. A przede wszystkim nie wyprzedzajmy aspiranta Strasburgera.

Proszę powiedzieć kilka słów o swoim bohaterze.

GK: Zawsze chciałem napisać kryminał, a wychodziła mi powieść łotrzykowska, której bohaterem jest bandyta. Sympatyczny, ale bandyta. Ale tam, gdzie popełniono przestępstwo, pojawiają się policjanci. I tak, postacią trzecioplanową, potem drugoplanową, a wreszcie wybijającą się na pierwszy plan jest Kornel Strasburger, funkcjonariusz Urzędu Śledczego. Uprzedzając pytanie: zbieżność nazwisk kilku postaci z nazwiskami prowadzących teleturnieje we współczesnej telewizji jest celowa, dlatego nie mogło zabraknąć Strasburgera. Aspiranta obserwujemy już od pierwszego tomu Śmierci frajerom, śledzimy jego rozwój. Nie dość, że staje się coraz lepszym policjantem, to opowiada coraz lepsze dowcipy. A dla nowej powieści wydał mi się postacią idealną. Młody, dowcipny, pijak, ale nie alkoholik. Bardzo zależało mi, by nie powielać schematu, w którym policjant ma większe kłopoty niż przestępca. Obecnie literacki stróż prawa jest zwykle dewiantem, alkoholikiem, czasem człowiekiem mroczniejszym niż zbrodniarz, którego ściga. Strasburger też ma swoje problemy, ale są one przyziemne. Chciałem wykreować bohatera, który odbiega od gatunkowej sztampy.

Czy Warszawa była miastem upadłym?

GK: W niektórych fragmentach, a może lepiej powiedzieć: w niektórych godzinach – tak. Do godziny dwudziestej prostytutki nie mogły stawać na ulicach. Jeśli tak się działo, podjeżdżała „buda" Wydziału Obyczajowego i zabierała łamiące prawo kobiety na przesłuchanie lub badanie.

Czym była „czarna książeczka"?

GK: Można powiedzieć, że to prostytucyjne „prawo jazdy". Każda prostytutka musiała posiadać taką książeczkę, w której dokumentowane były jej badania. Panie pracujące musiały wylegitymować się takim dokumentem. Prostytutki, które pracowały dorywczo albo po prostu nie chciały zakładać książeczek, były zwane „wytyszkami".

Pana powieść sugeruje, że korzystanie z takich usług było powszechne. Czy naprawdę tak było przed wojną?

GK: Nie chcę wszystkiego zdradzać w naszej rozmowie. Niech naszym przewodnikiem będzie reporter Edward Giez. Ale faktycznie, panowały wtedy inne obyczaje. Brakowało jawnej swobody seksualnej, a o wycieczkach panów do domów publicznych po prostu się nie mówiło. Sprawami seksu rządziła hipokryzja.

Opisuje Pan całe spektrum tego świata: od luksusowych kurtyzan, oddających się arystokratom, po gotowe na wszystko prostytutki stojące
w bramach.

GK: Chyba każdy zawód na świecie ma dwa bieguny. Na jednym zarabia się wielkie pieniądze, na drugim haruje, by przeżyć. Niegdyś ulicznice raczej nie dożywały sędziwego wieku i umierały w nędzy. Prostytucja była pracą, choć specyficzną, a do tego niebezpieczną, wyniszczającą zdrowie. Bogatsze prostytutki usamodzielniały się, zakładały własne interesy, zrywały z procederem albo wychodziły za przestępców. Tak czy inaczej, przechodziły do innych branż.

Niedawno czytałem o morderstwie w domu publicznym – „domu schadzek" wedle ówczesnej terminologii – dla homoseksualistów. Chodzi mi o sprawę pewnego aktora, którego upodobań nikt nie znał...

GK: Środowisko wiedziało, ale w gazetach o tym się nie pisało.

Chciałbym ówczesne skandale porównać do tych nam współczesnych. Gdy dziś wycieka lista klientów domu publicznego, to się rozchodzi „po kościach". Natomiast gazety Dwudziestolecia robiły z tego sensację.

GK: Robiono z tego sensację, gdyż wówczas prostytucja była legalna, homoseksualizm także, ale prostytucja homoseksualna należała już do przestępstw.

W powieści bardzo wnikliwie opisuje Pan funkcjonowanie świata ówczesnej prasy. Kiedy nie było Internetu, telewizji, tylko dodatki nadzwyczajne i gazety wieczorne.

GK: Nawet, de facto, nie było radia. Technologia ta była droga i naprawdę ekskluzywna.

Opisuje Pan także pęd do zdobywania informacji, presje, jakim poddawane były redakcje. Jak bardzo różni się to od sytuacji w dzisiejszych mediach? Co Pan, jako dziennikarz, o tym sądzi?

GK: To ciśnienie jest stale obecne, bo bez niego nie byłoby prasy. Zawsze też można zapytać, czy ta para leci w koła czy w gwizdek. Wtedy, tak jak i dzisiaj, wiele mediów wybierało gwizdek. Zawsze znajdą się redakcje, którym zależy tylko na zdobyciu leadu, puszczeniu sensacji, podniesieniu nakładu. Oczywiście, w opisywanej przeze mnie epoce istniała cenzura polityczna. Zewnętrzna – w czasach carskich, a już za Rzeczpospolitej – wewnętrzna lub pośrednia. Opisuję, na przykład, sytuację, w której wysoki funkcjonariusz policji wpływa na treść artykułów. Była to sieć raczej nieformalnych powiązań i wpływów redakcji oraz policjantów. Wymiana usług. Mówiąc dzisiejszym językiem: dobry pijar w zamian za sensację.

A czy możliwe jest, Pana zdaniem, by media dziś zyskały taki status, jaki miały przed wojną?

GK: To zależy, co nazywamy statusem. Tabloidy są takie, jakie były zawsze. Dziś ich rolę częściowo przejęły inne media, ale zasada pozostała niezmieniona. Zawsze istniał podział na kulturę masową i wyższą. Po latach, w podręcznikach do historii pojawiają się eleganckie cytaty, a o brudach z bulwarówki się zapomina lub redukuje do rangi kuriozum. Nigdy nie było tak, że pisały tylko wybitne pióra. To nasza pamięć ze skłonnością do odsiewania plew wzmacnia przekonanie, że kiedyś było lepiej. A człowiek pozostaje wciąż taki sam i o tym też chciałem napisać. Zamierzałem, opowiadając o dawnej Warszawie, powiedzieć coś o stolicy współczesnej.

Dziękuję za rozmowę.

GRZEGORZ KALINOWSKI
Dziennikarz, prezenter, korespondent, dokumentalista, producent filmowy, pisarz. Autor łotrzykowskiego cyklu Śmierć frajerom oraz  opowieści o aspirancie Strasburgerze – Pogromca grzeszników.

 

Chcę odejść od gatunkowej sztampy! - wywiad z Grzegorzem Kalinowskim
Autor:Grzegorz Kalinowski

oceń:

Dodaj komentarzKomentarze (0)

ul. Borowskiego 2 lok. 205
03-475 Warszawa

Dane kontaktowe:

+48 22 416-15-81
kontakt@czytamykryminaly.pl 

Newsletter:
Zapisz się do newslettera i otrzymuj
najświeższe informacje ze świata kryminałów.
Zapisując się na newsletter, akceptujesz politykę prywatności
© Czytamy Kryminaly - All Rights Reserved.