Share

Beletrystyka powstaje w wygodnym fotelu - wywiad z Maciejem Siembiedą

Adam Podlewski: Co pchnęło Pana, utytułowanego dziennikarza i reportażystę, do napisania powieści z Jakubem Kanią w roli głównej? Czy dziennikarstwo to zbyt mało?

Maciej Siembieda: To nie była kwestia impulsu, ale marzeń. A marzenia od zawsze były takie, żeby popołudnie życia spędzić na pisaniu. Z czystego hedonizmu, a beletrystyka dobrze się do niego nadaje. Dlatego ona, nie dziennikarstwo. Dziennikarstwo to nie zbyt mało. To zbyt dużo. Od pierwszego roku studiów byłem reporterem i nie przestałem nawet wtedy, gdy prowadziłem duże gazety codzienne. Reporterka to piękna, ale i wyczerpująca przygoda. Zwłaszcza przez trzydzieści lat. Reportaże powstają w podrzędnych barach, na skraju urzędowego biurka kogoś, komu nie w smak wizyta reportera, czasem na dworcowych ławkach lub nieprzyjaznych domach ludzi, którzy pytają: a po co to panu? Beletrystyka powstaje w wygodnym fotelu, na równym blacie własnego biurka ze swoim kubkiem herbaty. Po tych trzydziestu latach zostały mi grube notesy tematów, zagadek, zdziwień i scenariuszy napisanych przez życie, które ja tylko odtwarzam. To posag dla mojego bohatera, on to dostanie, ja opowiem. Nie chciałem, żeby Jakub Kania był w każdej powieści, nie przepadam za powielaniem schematów, ale rynek przepada. Spodobał się i ma być. To będzie. Ale uprzedzam: chcę pisać książki z Jakubem Kanią, a nie o Jakubie Kani. Dlatego obok niego będą pojawiać się inni, być może nawet lepiej narysowani bohaterowie jak Dawid Schwartzman w Miejscu i imieniu. Ale wartością nadrzędną zawsze będzie opowieść nie bohater.

Jak radzi Pan sobie z oddzieleniem studiów historycznych od fantazji pisarza?

MS: Staram się zachowywać przyzwoicie. Dbam o taki savoir-vivre, w którym historia siedzi obok fikcji i nie szturchają się łokciami i nie nadeptują sobie na odciski. Bardzo lubię zacierać granice między faktami a fantazją i wcale się tego nie wstydzę. Nigdy się nie przyznaję, gdzie przebiegają linie demarkacyjne prawdy i nawet mam taką przekorną nadzieję, że kiedyś jak już dobierze się do mnie skleroza, to sam zapomnę gdzie one są. Dopóki ta zabawa nie czyni szkód merytorycznych ani historii ani fikcji, uważam ją za usprawiedliwioną, bo służy jednej i drugiej. Najwięcej satysfakcji sprawiają mi listy czytelników, których moje powieści skłaniają do przeszukiwania Internetu, gdzie albo znajdują potwierdzenie czegoś co wydawało się im nieprawdopodobne, albo nie znajdują niczego.

Skąd wziął się pomysł na fabułę Miejsca i imienia? Czy któryś z tematów tej historii (los więźniów obozów koncentracyjnych, jubilerstwo, amsterdamski półświatek...) interesował Pana już wcześniej?

MS: Na ukrytą i nieznaną historię obozu na Górze Św. Anny natrafiłem w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Przypadkiem, bo tak się na podobne historie trafia najczęściej. Wtedy jeszcze w okolicy żyło kilkoro ludzi, którzy pracowali w obozie. Zajmowali się wywozem nieczystości, obsługą kuchni itd. Nie byli więźniami. Przychodzili, robili swoje, dostawali wynagrodzenie i wychodzili. Byli miejscowi, uznawano ich za obywateli III Rzeszy. Zawsze się bali. Wtedy, gdy obóz był adresem ludobójstwa ale i procederu uprawianego przez generała SS. I czterdzieści lat później, gdy pytał o to dziennikarz, dla nich przedstawiciel władzy komunistycznej, która w każdej chwili mogła wyrządzić krzywdę. Pewnie dlatego mówili, bo to był ich sposób na okazanie przyjaznej postawy i dobrej woli. Tak powstał reportaż Folwark Brigadefuhrera Schmelta, prapoczątek powieści.

Czy nie czuje Pan oporów przez wykorzystywaniem tak dramatycznych epizodów historii, jak likwidacja obozu koncentracyjnego, jako inspiracji w pisaniu beletrystyki? A może traktuje Pan Miejsce i imię jako sposób na polaryzację historii?

MS: Nie uznaję wykorzystywania traumy jako marketingowego afrodyzjaku powieści. Nie uznaję epatowania ludzką krzywdą, złem, bólem – nawet jeśli w grę wchodzi skaleczenie, a nie zagłada na masową skalę. Historia Miejsca i imienia dzieje się w hitlerowskim łagrze, ale to nie jest obóz Tadeusza Borowskiego czy Zofii Nałkowskiej. To raczej scenografia niż treść dramatu.

Czy nie kusi Pana idea napisania powieści zupełnie współczesnej, bez odwołań do zagadek dziejów?

MS: Kusiła i skusiła. Kolejna powieść z Jakubem Kanią dzieje się współcześnie, w latach 2012-2013.

Miejsce i imię porusza bardzo aktualne problemy polityczne i społeczne: trudną historię ludzi pogranicza regionów i kultur, instrumentalizację badań historycznych, świadomość historyczną młodych Izraelczyków... Nie boi się Pan prób politycznego odczytania powieści?

MS: To obserwacje, zbyt spontaniczne i zbyt wyrwane z kontekstu aby choćby pozować do publicystyki. Ale ma pan rację – ryzykowne. Trudno. Ryzyko zawodowe. Niedawno pani recenzentka „zjechała" publicznie moją poprzednią powieść między innymi z powodu męskiego szowinizmu bo napisałem, że Kasia – przyjaciółka Jakuba Kani jest ładna i robi kolację. Czyli powieliłem archetyp prymitywnego samca, któremu kobiety jawią się w łóżkach i przy garach i któremu pan Freud wymalowałby taki profil, że uchowaj Boże. I co zrobić? Nic. Niebezpieczeństwo chybionych analiz jest nieuniknione. Jedynym sposobem na napisanie powieści wolnej od interpretacji jest nie pisać jej wcale.

Proszę powiedzieć o swoich inspiracjach wykorzystanych przy tworzeniu powieści. W posłowiu do powieści wspomina Pan o plotkach i historii mówionej regionu góry Świętej Anny...

MS: Tak jak już powiedziałem: historia wzięła się z przekazów ustnych, ale dziennikarz w odróżnieniu od historyka ma prawo powoływać się na takie źródło. Autor beletrystyki tym bardziej.

Pański bohater wydaje się bardzo spokojnym, zwykłym i zrównoważonym osobnikiem, jak na odkrywcę tajemnic. Dlaczego opisuje Pan swoje historie z perspektywy prokuratora, a potem historyka-amatora, a nie policjanta, czy agenta, jak Teresa Barska?

MS: Z powodu gęstości zaludnienia, a raczej przeludnienia współczesnych thrillerów policjantami, agentami i detektywami.

Czy epilog Miejsca i imienia to sugestia, że Jakub Kania niebawem wróci?

MS: Wróci, ale nie od razu. Trzecia powieść będzie bez niego, pojawi się w czwartej rozwiązując zagadkę odległą w czasie od Góry św. Anny zaledwie o kilka miesięcy.

 

MACIEJ SIEMBIEDA

Pisarz i reportażysta, trzykrotny laureat „polskiego Pulitzera", czyli nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w kategorii reportaż. Od trzydziestu lat prowadzi dziennikarskie śledztwa historyczne. Publikował m.in. w paryskiej „Kulturze", „Polityce", „Odrze" i „Tygodniku Kulturalnym". Autor thrillera historycznego „444". W swoich powieściach zręcznie i z reporterską wnikliwością splata literacką fikcję z prawdziwymi wydarzeniami.

 

Beletrystyka powstaje w wygodnym fotelu - wywiad z Maciejem Siembiedą
Autor:Maciej Siembieda

oceń:

Dodaj komentarzKomentarze (0)
Powiązane
Zobacz informacje powiązane z tym autorem
Recenzje
Zapowiedzi

ul. Borowskiego 2 lok. 205
03-475 Warszawa

Dane kontaktowe:

+48 22 416-15-81
kontakt@czytamykryminaly.pl 

Newsletter:
Zapisz się do newslettera i otrzymuj
najświeższe informacje ze świata kryminałów.
Zapisując się na newsletter, akceptujesz politykę prywatności
Token
© Czytamy Kryminaly - All Rights Reserved.