Share

Afganistan to kawał mojego życia

Marek Teler: Był Pan oficerem Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) oraz uczestnikiem natowskiej misji ISAF w Afganistanie, a o swoich doświadczeniach pisze Pan w wydawanych przez siebie książkach. Kiedy pojawił się w Pana głowie pomysł, aby przelać swoje doświadczenia na papier?

Kafir: Pomysł narodził się w styczniu 2018 roku. W zasadzie chodziło o spisanie wspomnień z Afganistanu. Nie o wydanie książki, raczej skromnego tomiku wspomnień. Lubię pisać, ale to nie była najsilniejsza motywacja. Zanim trafiłem do Służby Kontrwywiadu Wojskowego służyłem w Wojskowych Służbach Informacyjnych. Rozwiązano je w 2006 roku. Niestety przypięto też wtedy wojskowym służbom łatkę „zbrodniczej organizacji", a oficerów nazwano „bandytami z WSI". Osobiście nie byłem przeciwny reformom, ale to, w jaki sposób je przeprowadzono, było krzywdzące dla ludzi, którzy służyli w polskim wywiadzie i kontrwywiadzie wojskowym.

Mam dwóch synów i nie chciałbym, aby na stare lata myśleli, że tata był „bandytą z WSI". Chciałem, by wiedzieli, że godnie służyłem Ojczyźnie. Afganistan to kawał mojego życia. Tam zmagaliśmy się z realnym przeciwnikiem, walcząc na śmierć i życie bez pompy i defilad oraz szumnych przemówień o Ojczyźnie, jakie serwują niektórzy politycy, którzy
w życiu się nie „zhańbili" służbą wojskową. To właśnie w Afganistanie i Iraku byli oficerowie WSI dawali z siebie wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo polskim żołnierzom, o czym obecne państwo wręcz nie tylko zapomina, ale tuszuje nasz udział. 

MT: Po Pańskim debiucie literackim Kontakt – polskie spec służby w Afganistanie do Pana drzwi zapukała Żandarmeria Wojskowa. Co dokładnie się wtedy wydarzyło i co takiego ściągnęło na Pana ich uwagę?

K: Żandarmeria zjawiła się tuż przed 6 rano i po przedstawieniu nakazu przeszukania wystawionego przez prokuratora dokonała dokładnego przeszukania mojego domu. Rewizja trwała ponad sześć godzin. Nie oszczędzono też pokoi moich synów, przetrząsając im biurka. To oni byli najbardziej wstrząśnięci tą sytuacją, ale właśnie dzięki temu zdarzeniu zbliżyliśmy się do siebie. 

Pytanie, co ściągnęło na mnie tę sytuację, trzeba raczej skierować do polityków partii rządzącej i podwładnych im służbom specjalnym oraz prokuraturze. Ja do dnia dzisiejszego nie widzę tak ważnego powodu. Osobiście sądzę, że powyższe działanie było powodowane chęcią zastraszenia mojej osoby i paniczną obawą, iż w kolejnych książkach o służbach wojskowych mogę ujawnić prawdę o nieudolnym kierowaniu i działaniu tych pseudowojskowych instytucji opanowanych przez cywili bez elementarnej wiedzy wojskowej i niespełnionych ambicjach.

MT: W swojej najnowszej książce Zawieszeni powraca Pan do Afganistanu i działalności misji NATO na tym terenie. Nie obawiał się Pan powrotu do tego tematu po wspomnianej sytuacji z Żandarmerią?

K: Nie należę do ludzi, którzy się obawiają. Ponadto uważam, że nie ujawniłem nic, co mogłoby zaszkodzić w jakikolwiek sposób komukolwiek. No może co najwyżej pokazuję mechanizmy działania chorego państwa, w którym główną rolę przejmują służby specjalne państw obcych, wspierane przez skorumpowanych polityków i ich wiernych młodych aparatczyków, gotowych dla kariery i pieniędzy przebić dno w szambie, jakim stała się nasza obecna polityka.

MT: WSI, SKW, Afganistan... Koleje losów bohatera Pańskich książek pułkownika Radosława Sztylca są bardzo podobne do Pana drogi zawodowej. W jakim stopniu seria o jego losach ma charakter autobiograficzny, a w jakim stanowi fikcję literacką?

K: Na to pytanie na dzień dzisiejszy nie mogę, a może nie chcę odpowiedzieć. To jeszcze nie ta pora i nie ten czas.

MT: Pana poprzednia książka Weryfikacja opisywała likwidację WSI i zmagania pułkownika Sztylca z komisją weryfikacyjną. Niejednokrotnie wspominał Pan w wywiadach, że oficerów WSI potraktowano wówczas niesprawiedliwie i stali się oni ofiarą nagonki. Jak po kilkunastu latach wspomina Pan ten okres swojego życia?

K: Myślę, że odpowiedź na to pytanie znajdzie pan na stronach nowo powstającej książki WSI SAMO ZŁO opartej na wspomnieniach byłych oficerów WSI, którą piszę wraz z ekspertem „Stratpoints", byłym oficerem WSI i SKW, pułkownikiem rezerwy o pseudonimie Marcus Wolf. W tej publikacji odnosimy się właśnie do sposobu rozwiązania WSI, brutalnej nagonki na oficerów tej służby, oszczerczych zarzutów bez pokrycia w faktach, stawianych przez mało wiarygodnych polityków partii rządzącej skupionych na robieniu kariery na przysłowiowych „trupach". Premierę książki planujemy na koniec tego roku.

MT: W Pana najnowszej książce możemy dowiedzieć się więcej o działaniu służb specjalnych w Afganistanie. W jaki sposób buduje się sieć informatorów w ogarniętym wojną, a przy tym tak odległym przestrzennie i kulturowo kraju?

K: Takie działania trwają latami. Właśnie dlatego powieść i akcja rozgrywa się we wszystkich trzech książkach Hajlajf, Weryfikacja i Zawieszeni. Chciałem uzmysłowić czytelnikom, że działania służb specjalnych, a szczególnie wojskowych, nie dzieją się ad hoc. Oczywiście odległość i odmienność kulturowa mają bardzo duże znaczenie i czasem są czynnikiem wiodącym przy działaniu wojskowych służb specjalnych.

MT: Czytelnicy zdążyli już poznać pułkownika Sztylca w książkach Hajlajf i Weryfikacja. Co może być dla nich największym zaskoczeniem w Zawieszonych?

K: Zmienność losu bohaterów, których czytelnicy już zaszufladkowali i ocenili. Niektórzy bohaterowie na pewno ich zaskoczą, no i oczywiście jeszcze szybsza akcja.

MT: Nie ulega wątpliwości, że do pracy wywiadowczej angażowane są osoby według ściśle określonych kryteriów, a ich działalność wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Jakimi cechami musi się charakteryzować działacz służb specjalnych?

K: Może odniosę się troszkę inaczej do pytania i odpowiem trochę subiektywnie, oceniając przy okazji stare służby wojskowe, czyli WSI i nowe, czyli SKW. Oficerowie byłej WSI przede wszystkim musieli być żołnierzami, z kilkuletnim stażem w różnych formacjach wojskowych od wojsk lądowych przez siły lotnicze i morskie. To był pierwszy warunek, który musieli spełniać. Po drugie, do służby nie można było się zgłosić na ochotnika, to służba sobie wybierała kogo chce mieć w swoich szeregach i taką osobę poddawano dopiero kwalifikacji i selekcji, to tak pokrótce. Oczywiście oficerowie WSI może i byli źli, może leniwi, ale nie byli głupi. Różnych miałem podwładnych i przełożonych, ale nie spotkałem w tej służbie ludzi mało inteligentnych, określanych potocznie „dzbanami". Oficerowie starej daty może i się nie angażowali, tylko odliczali dni do emerytury, ale nawet oni znali istotę problemów z jakim zmaga się kontrwywiad wojskowy, nawet jeśli udawali, że jest inaczej. Podsumowując: w SKW trafiają się różni ludzie, a w WSI byli inteligentni, w dodatku wszyscy żołnierze.

MT: Książki o pułkowniku Radosławie Sztylcu tworzy Pan we współpracy z dziennikarzem Łukaszem Maziewskim. Jak zaczęła się Panów znajomość?

K: Do spotkania doszło na premierze jednej z książek Edyty Zemły i generała Skrzypczaka. Tam chwilę porozmawialiśmy, po czym Łukasz zaproponował, by wspólnie zrobić jakiś projekt. Nie wyraziłem od razu zgody, potrzebowałem chwilę czasu na sprawdzenie Łukasza (kim jest i czy warto), po czym po kilku dniach zgodziłem się, proponując wspólne napisanie książki. Efektem współpracy były książki Hajlajf, a potem Weryfikacja.

MT: Czy nie miał Pan oporów, aby zaufać Łukaszowi Maziewskiemu i powierzyć swoją historię i doświadczenia drugiej osobie?

K: Nasza przyjaźń trwa zbyt krótko, bym mógł do końca zaufać Łukaszowi i powierzyć mu swoją historię. Wbrew pozorom nie jestem zbyt otwartą osobą, a ponadto pewne fakty z mojego życia są ściśle tajne i tymi informacjami nie będę mógł podzielić się z nim nigdy.

MT: Działacze wywiadu i kontrwywiadu są świadkami wielu dramatycznych wydarzeń, a przy tym nie mogą zdradzać szczegółów swojej działalności. Traktuje Pan pisanie książek, w które wplata Pan elementy autobiograficzne, jako swego rodzaju formę terapii, uporządkowania przeszłości?

K: Znów za daleko idące wnioski. Nigdzie nie napisałem, że wplatam wątki ze swojej kariery w pisanie powieści. Pisanie to dla mnie tylko hobby, jak dla innych łowienie ryb, czy strzelanie z łuku. To oderwanie się od pracy we własnej firmie. Ponadto nie pisze tylko o służbach. Mam na swoim koncie dwie książki o survivalu tj. Pandemia i Survival w mieście. Poza tym w wolnych chwilach piszę powieść z gatunku postapo.

MT: Czytając Pana książki można odnieść wrażenie, że Pańskie życie to gotowy materiał na film wojenny lub sensacyjny. Czy w życiu oficera służb specjalnych jest jakieś miejsce na codzienność czy normalność?

K: To zależy od oficera i jego podejścia do pracy. Ja przez czas służby nie miałem prawie wcale życia prywatnego. 

MT: W czasie pierwszej fali pandemii koronawirusa napisał Pan książkę Pandemia. Jak przetrwać i nie zwariować. W jakim stopniu doświadczenie wyniesione z wojska przydało się Panu w czasie lockdownu i niepewności jutra?

K: Do ciężkich warunków życia i przetrwania zostałem przystosowany już w trakcie studiów na kierunku działania specjalne i rozpoznawcze w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, a obecnie Akademii Wojsk Lądowych. Dalszą wiedzę zdobywałem w trakcie służby w jednostkach rozpoznawczych. Posiadane umiejętności i doświadczenie przekazywałem swoim żołnierzom, ucząc ich w sposób praktyczny „sztuki przetrwania". Pewne zachowania i nawyki weszły mi w krew i właśnie to pozwoliło mi przejść przez czas pandemii bez większych trudności.

MT: W wywiadach niejednokrotnie podkreślał Pan różne błędy, jakie zostały popełnione w czasie misji NATO w Afganistanie. Teraz talibowie proklamowali w tym kraju istnienie Islamskiego Emiratu Afganistanu. Czy uważa Pan, że tej sytuacji można było w jakiś sposób zapobiec?

K: Na pewno można było zapobiec tak szybkiemu i całkowitemu przejęciu władzy przez talibów. Winę za to jak dla mnie ponoszą cywilni politycy zachodni, nie mający bladego pojęcia o tym, czym jest tak naprawdę wojna oraz podlegający im generałowie bez własnego zdania. Jeśli weszliśmy w ten kocioł, to powinniśmy wypracować drogę wyjścia, a nie uciec, gubiąc po drodze buty. Tu główną rolę powinny grać wojskowe służby specjalne, bo to one mają największą wiedzę i znają realia nie tylko z raportów. Ponadto zachodni świat powinien przyjąć do wiadomości, że prawda jest brutalna i poprawność polityczna wypracowana przez ostatnie kilkadziesiąt lat na Zachodzie nie obowiązuje w pewnych regionach świata, a wręcz jest uważana za słabość i strach. 

Mentalności ludzkiej nie zmieni się z w ciągu 20, a nawet 30 lat. Kraje zachodniej Europy swoją demokrację budowały od połowy XIX wieku, a my chcieliśmy w krajach takich jak Afganistan zrobić to w 20 lat. Co możemy zrobić? Wspierać „swoich" i „przymykać oczy". Budować demokrację powoli na zasadzie wpływów i nacisków niewidocznych dla szerszej części społeczeństwa, reagować siłowo w momentach, które zagrażają temu procesowi, ale chirurgicznie i jak najkrócej. Może to się nie podobać, ale innej możliwości nie widzę. To robota dla służb specjalnych wspieranych przez oddziały specjalne i przede wszystkim dla polityków oraz szerokiego sztabu cywilnych specjalistów. Zaznaczam, szerokiego od etnografów, historyków, socjologó po biznesmenów. To oni powinni wypracować wspólną koncepcję, określić formy i metody, a następnie ją wdrażać, wykorzystując jako jedno – zaznaczam jedno – z narzędzi siły wojskowe. Obecne próby budowania demokracji w krajach, które mentalnie są 200 lat za Europą, to zawracanie kijem Wisły. Ktoś powie to nieprawda. To proszę mi powiedzieć, kiedy kobiety w Szwajcarii dostały prawo głosu w wyborach? Kiedy tak naprawdę kraje wysoko rozwinięte poradziły sobie z rasizmem i czy faktycznie poradziły? Dlatego uważam, że budowanie demokracji w Afganistanie, gdzie 90% społeczeństwa jest analfabetami i wierzy w teorię płaskiej Ziemi, w 10 lat to mrzonka i głupota.

MT: Ma Pan jakieś przewidywania dotyczące tego, jak rozwinie się sytuacja w Afganistanie?

K: Wojna będzie trwała nadal. To, że talibowie na chwilę obecną przejęli władzę, nie oznacza, że już utworzyli państwo. Przykładem jest prowincja Pandższir oddalona tylko o 100 km do Kabulu. Tam już powstał ruch oporu przeciwko talibom. Liderem jest syn legendarnego „Lwa Pandższiru", afgańskiego przywódcy Ahmada Szaha Masuda. Pandższir to dla mnie początek nowej wojny w Afganistanie, to historyczna prowincja ze swoją legendą. Prowincja, która zawsze była bastionem afgańskiego ruchu oporu. Nie została zdobyta ani przez Rosjan, ani przez talibów. To właśnie rodzinny dom nieżyjącego największego bohatera Afganistanu, Ahmada Szaha Masuda, charyzmatycznego przywódcy afgańskich bojowników, za którego zabójstwem stał sam Osama bin Ladena. Należy zaznaczyć iż śmierć Masuda nastąpiła tuż przed atakiem Al-Kaidy na Stany Zjednoczone. Już sam ten fakt powinien uświadomić zachodniej cywilizacji, że talibowie nie bali się zachodnich armii, tylko wrogów wewnętrznych tego samego wyznania.

NATO powinno tym razem przemyśleć sposób pomocy dla Afgańczyków, a nie na przysłowiową „pałę" wysyłać tysiące żołnierzy, nie biorąc lekcji historii od Sowietów oraz Brytyjczyków, a wręcz lokując bazy w tych samych miejscach tak jak mój FOB Warrior, gdzie fort angielski i sowieckie zrujnowane więzienie było niczym złowieszczy śmiech historii, czasem nawet wydawało się, że stare zniszczone mury dawały nam niemy przekaz: Memento mori.

Jak już pisałem w swojej książce Kontakt, tu trzeba dokładnej analizy sytuacji i przemyślanych, a nie widowiskowych decyzji i działań. W walkę z talibami trzeba w większym stopniu włączyć świat arabski. To muzułmanie w głównej mierze powinni przejąć ciężar walki z talibami (bo to też jest ich problem, być może największy). Wtedy wytrącimy najważniejszy oręż talibów, czyli religię. Trudno przeciętnemu Afgańczykowi być sojusznikiem „Kafira" (określenie niewiernego w języku arabskim) i prowadzić walkę z braćmi w wierze. Zachodni politycy powinni sobie uświadomić, że Afgańczycy nie są jeszcze przygotowani na demokrację i nie rozumieją jej. To dla nich naprawdę bardzo odległa przyszłość i nie mówię tu o tym, czy następnym pokoleniu. Dodatkowo Afganistan jest krajem mocno zróżnicowanym etnicznie i przypomina polski bigos. Pasztunowie nie za bardzo przepadają za Kazachami, a Tadżykowie za Pasztunami. Dodatkowo dochodzą silne podziały plemienne i rodzinne. W tym wszystkim Afganistan jako ojczyzna wszystkich Afgańczyków jest na ostatnim miejscu. Niestety Zachód musi przyjąć do wiadomości, że jeszcze długo w takich rejonach świata, gdzie główną rolę gra religia i jest jej podporządkowany cały region, nie uda się zbudować McDonaldów.

MT: Cykl książek o pułkowniku Radosławie Sztylcu spotkał się z wieloma pozytywnymi recenzjami. Jakie są Pana kolejne plany wydawnicze?

K: Na pewno ukończenie książki WSI SAMO ZŁO, o której powyżej wspominałem. Na tapecie jest jeszcze moja powieść postapo. Ponadto obecnie wraz z jednym z lepszych polskich strzelców i instruktorów strzelectwa, byłym policjantem i weteranem Andrzejem Idzikowskim ruszamy z pierwszym tego rodzaju projektem w Europie jakim jest „Kafir Game". Szczegółów na chwilę obecną nie chcę zdradzać. Efektem tej współpracy ma być szkolenie dla ludzi o silnych nerwach, no i oczywiście książka całkiem inna niż wszystkie.

Co do powieści o pułkowniku Radosławie Sztylcu... No cóż, gdybym się teraz wypowiedział, w pewien sposób zdradziłbym zakończenie ostatniej książki Zawieszeni.

 

 

 

Afganistan to kawał mojego życia
Autor:Kafir

oceń:

Dodaj komentarzKomentarze (0)
Powiązane
Zobacz informacje powiązane z tym autorem

ul. Borowskiego 2 lok. 205
03-475 Warszawa

Dane kontaktowe:

+48 22 416-15-81
kontakt@czytamykryminaly.pl 

Newsletter:
Zapisz się do newslettera i otrzymuj
najświeższe informacje ze świata kryminałów.
Zapisując się na newsletter, akceptujesz politykę prywatności
Token
© Czytamy Kryminaly - All Rights Reserved.