Share

Odkryjcie świat "Warszawianki" - specjalny fragment powieści Idy Żmiejewskiej!

"Warszawianka" może stanowić prawdziwe odkrycie nie tylko dla fanów kryminału spod znaku retro, ale - po prostu - niezwyczajnie wartościowej lektury, w której zbrodnia łączy się z melancholią, a życie ze śmiercią. Poznajcie tajemnice stolicy w specjalnym fragmencie książki Idy Żmiejewskiej! 

***

Zerwał się na nogi, z trudem opanowując drżenie rąk, zapiął spodnie i narzucił koszulę. Wypadł na korytarz. Pusto. Czyżby nikt inny nie zwrócił uwagi na okropny wrzask? Drzwi gabinetu znajdującego się na końcu korytarza zamknęły się z hukiem. Policjant popędził w tamtym kierunku. Szarpnął za klamkę, ustąpiła bez problemu. Wpadł do środka, a tam owionął go lodowaty podmuch, idący od otwartego okna. Firanki powiewały na wietrze niczym białe chorągwie. Przeciąg zgasił świece, więc wnętrze oświetlała jedna lampa – Aleksander wytężył wzrok i rozejrzał się dookoła. Pokój był większy i bardziej luksusowy niż ten, w którym przyszło mu spędzić wieczór – prawdziwy apartament.

Dobiegł go dziwny odgłos. Odwrócił głowę: w kącie, nieopodal okna kuliła się blondwłosa dziewczyna, owinięta jakąś jasną tkaniną. Woronin kilkoma susami pokonał dzielącą ich odległość i dotknął ramienia podopiecznej Madame Steiner.

– Co się stało?

Kurtyzana była tak przerażona, że nie potrafiła wydusić z siebie słowa, ale trzęsącą się ręką wskazała mu ogromne łoże z baldachimem, zajmujące środek pokoju.

Policjant, starając się nie zwracać uwagi na coraz większy ziąb, chwycił lampę, a potem zbliżył się do kotary i rozchylił ją.

W atłasowej pościeli spoczywał postawny mężczyzna w średnim wieku. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że śpi, ale kiedy Aleksander, dygocząc z zimna i ze zdenerwowania, poświecił i przyjrzał mu się lepiej, dostrzegł ciemną plamę krwi rozlewającą się na gorsie koszuli. Dalsze oględziny nie pozostawiły wątpliwości, że człowiek nie żyje.

W tym czasie dziewczyna nieco oprzytomniała i nie spuszczając oczu z Woronina, zaczęła wycofywać się w stronę wyjścia. Policjant ruszył za nią i jednocześnie starał się zebrać myśli.

Doktor, rewizja, spisanie gości...

Za drzwiami zebrał się tłumek wystraszonych pensjonariuszek pod wodzą samej Madame. Nie pojawił się za to żaden z klientów. Zrozumiała ostrożność. Choć tym razem nawet ona nie pomoże i wszyscy, którzy spędzili noc w zamtuzie, będą musieli złożyć zeznania. W końcu morderstwo, to nie żarty.

– Policja śledcza! – krzyknął Woronin, uznając, że wystarczy tego incognito. – Nikt nie ma prawa opuszczać lokalu!

Szybkość, z jaką posiłki z cyrkułu pojawiły się w burdelu, utwierdziła Woronina w przekonaniu, że któryś ze stójkowych, zapewne opłacany przez Madame, kręcił się w pobliżu, pilnując bezpieczeństwa gości. Jak pokazały wypadki, ochrona nie zdała się na wiele, ale pozostawała nadzieja, że policjant – o ile choć odrobinę grzeszył rozumem – mógł zauważyć coś interesującego.

– Chudiszczew, szósty cyrkuł! – Zasapany rewirowy zdjął czapkę i kraciastą chustką otarł czoło. – Podobno kogoś zamordowali? – Rozejrzał się z zaciekawieniem.

Salon w ciągu kilkunastu minut stracił dużo ze swojej elegancji – wyglądał, jakby przeszła przez niego wichura. Na podłodze leżały powywracane krzesła, zdeptane kwiaty i szkło z kieliszków, na obrusach rozkwitały plamy czerwonego wina, a z pękniętego wazonu z irytującą regularnością kapała woda. Wszystkie te szkody powstały w chwili, kiedy goście próbowali w popłochu opuścić burdel.

– Nieboszczyk leży w pokoju na końcu korytarza. Zastrzelony. Poślijcie po medyka, żeby go obejrzał. Sędziego śledczego też zawiadomcie...

Rewirowy wysłuchał sugestii, ale nic nie zrobił. Woronin nie był tym zdziwiony, w końcu się nie znali, a Chudiszczew nie musiał wyznawać starej rosyjskiej zasady głoszącej, że skoro ktoś rozkazuje, najwyraźniej ma do tego prawo.

Wreszcie Aleksander, zirytowany przedłużającymi się milczeniem, poruszył się niespokojnie i zapytał:

– Coś się nie zgadza? Jestem...

– Pan jest tym nowym, którego przysłali z Pitra do urzędu? – wpadł mu w słowo rewirowy.

– Tak, Woronin. Radca tytularny.

– Miło powitać. – Uspokojony Chudiszczew gestem przywołał jednego ze swoich ludzi i półgłosem wydał mu polecenie. Policjant wybiegł z salonu.

– Trzeba przeszukać budynek i przepytać, czy ktoś słyszał strzały – zarządził Woronin. Powinien zaczekać na sędziego śledczego, ale uznał, że lepiej nie tracić czasu. – Spisać wszystkich obecnych! Nazwiska, miejsca pobytu... Który z waszych kręcił się w pobliżu? Zakładam, że mieliście jakiś układ z właścicielką...

– Kuropatkin – uśmiechnął się krzywo Chudiszczew. – Ten tam. – Wskazał na przysadzistego policjanta w średnim wieku.

Aleksander zmierzył delikwenta wzrokiem: stójkowy miał zaczerwieniony nos i rozbiegane oczy. Podczas stróżowania pewnie rozgrzewał się gorzałką. Należało go jednak wypytać. Woronin postanowił zrobić to w drugiej kolejności, najpierw chciał wyjść na zewnątrz i sprawdzić okolicę, a następnie porozmawiać z dziewczyną, która pochlipując, kuliła się na kanapie. Dwie niekompletnie ubrane koleżanki próbowały ją pocieszyć.

Policjanci, ponaglani przez rewirowego, rozbiegli się po pokojach. Natychmiast zaczęły stamtąd dobiegać podniesione głosy i kobiece piski.

– Co się, do czorta, dzieje?! – Aleksander usłyszał bas Kaługina i uśmiechnął się pod nosem. – Jakim prawem... – Porucznik wyłonił się z pokoju bez koszuli i butów, ale za to z szablą w garści. Na widok przyjaciela opuścił broń. – Co wyprawiasz, Saszka?! Czemu rozpędzasz zabawę?!

– Mam zwłoki do sprzątnięcia.

– Paskudnie żeś wdepnął z tą policją. – Michaił, który nie spodziewał się, że sprawa jest tak poważna, pokręcił głową. – Czort! – zaklął, a potem cofnął się do pokoju. Przez jakiś czas dochodziły stamtąd odgłosy burzliwej dyskusji, którą toczył ze stójkowymi.

Aleksander narzucił szynel, zabrał ze stołu lampę i zamierzał ruszyć do wyjścia, kiedy wyrosła przed nim Madame Steiner. Miała wzburzoną fryzurę i błędny wzrok: najwyraźniej dopiero co oprzytomniała po omdleniu, którego doznała na widok zwłok bezczeszczących lokal.

– Skandal! – zawołała z oburzeniem. – Nie może pan niepokoić...

– Droga pani – przerwał jej Woronin. – Za ścianą leży nieboszczyk, który nie umarł śmiercią naturalną. Musiał być dobrym klientem, skoro było go stać...

– Przyjmuję wyłącznie dobrych klientów – oświadczyła wyniośle Madame, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Pojął, że sam właśnie przestał zaliczać się do tej kategorii. – A pan nic nie wie o tym mieście. To nie Petersburg! Tu są inne zwyczaje!

Aleksander zamrugał ze zdumienia. Czyżby jego przeświadczenie o tym, że nie zwrócił na siebie niczyjej uwagi, okazało się złudne? Najwyraźniej tak, skoro nie tylko w cyrkule, ale nawet w burdelu znali jego tożsamość i profesję. Madame musiała mieć na usługach lepszy wywiad niż żandarmeria.

– Mordowanie mężczyzn w lupanarach jest miejscową atrakcją? – . – Za dodatkową opłatą?

– Skandal! – Burdelmama wyglądała tak, jakby chciała mu wydrapać oczy, w jednej chwili straciła całą klasę. – Pan nie wie, z kim zadziera.

– Pewnie się dowiem, kiedy panią aresztuję za utrudnianie śledztwa – rzucił od niechcenia. – Ostatnio zwiedzałem areszt przy ratuszu. Nie sądzę, żeby się pani spodobał.

– Policmajster się dowie. Niezwłocznie!

Aleksander nie zamierzał dać się zastraszyć. Już dawno zrozumiał, że aby wykonywać swoją pracę, nie może okazywać lęku: bezczelność była skuteczniejsza. W niektórych sytuacjach najlepiej sprawdzało się jednak obopólne porozumienie. Szczególnie gdy rozsądek podpowiadał, że na początku warszawskiej kariery nie należy narażać się na gniew szefa policji.

– Może skończymy sobie grozić i porozmawiamy? – zagadnął Aleksander. – Obojgu wyjdzie to na dobre.

Oczekująca kolejnego ataku Madame spojrzała na niego ze zdziwieniem i chyba nie zrozumiała, co takiego miał na myśli.

– Wieść, że w pani lokalu giną klienci rozniesie się po mieście. I zyska na tym wyłącznie konkurencja.

Właścicielka drgnęła niczym ukłuta szpilką, widocznie jeszcze nie uświadomiła sobie, że niefortunna sytuacja może mieć przełożenie na jej dochody.

– Kiedy sprawa się wyjaśni, wszystko wróci do normy.

Użył właściwych argumentów. Madame przede wszystkim prowadziła interesy, opanowała się więc błyskawicznie i już bez złości zapytała:

– Co właściwie chce pan wiedzieć?

– Kazał pan zaaresztować cały burdel? – Radca dworu Osip Dymitrowicz Mironow z rozbawieniem wpatrywał się w młodego policjanta. – Doprawdy szaleństwo! Pan wie, kto tam bywa? Nie zdążyłem zapoznać się ze sprawą, a już dostaję skargi. – Przesadnym gestem wyciągnął rękę, w której ściskał kilka wygniecionych dokumentów.

– Wśród tych osób może być zabójca – odparł Aleksander, który denerwował się spotkaniem z sędzią śledczym.

– Pan się zapomina – stwierdził chłodno komisarz Adam Andriejewicz Langer, który na wezwanie Chudiszczewa przybył do zamtuza dokładnie w chwili, gdy Woronin kończył spisywanie nazwisk gości. Nie spodobała mu się nadgorliwość nowicjusza, więc przejął dowództwo, a kiedy zorientował się, że sprawa jest poważna, posłał po sędziego śledczego.

Radca dworu Mironow, sześćdziesięcioletni mężczyzna o dostojnym wyglądzie biblijnego patriarchy, przybył na miejsce zbrodni o szóstej rano, najpierw z obrzydzeniem rozejrzał się po zdewastowanym salonie, a następnie wysłuchał sprawozdań.

– Akurat byłem na miejscu. – Woronin starał się nie tracić rezonu.

– Już sam ten fakt źle o panu świadczy. – Langer spojrzał na niego z dezaprobatą. Aleksander zdążył się zorientować, że energiczny komisarz szybko myśli, szybko działa i najwyraźniej szybko ocenia ludzi.

– Nie miejsce ani czas na takie dyskusje. – Sędzia popatrzył na policjantów jak na rozkapryszonych chłopców. – Wiadomo, kogo zamordowano?

– Nie miał przy sobie dokumentów, ale udało się ustalić. – Aleksander odetchnął, bo znalazł się na dobrze sobie znanym gruncie. – Właścicielka twierdzi, że to Wiktor Józefowicz Rapacki. Stały klient. Przychodził mniej więcej od roku w każdy piątek. Rozpoznał go też jeden z obecnych tu znajomych.

– Rapacki? Ten adwokat?

– Tak, podobno był adwokatem.

– Świat się kończy – mruknął zdegustowany Mironow.

– Nieboszczyka już zabrali. – Langer, który najwyraźniej lubił być w centrum wydarzeń, znowu włączył się do rozmowy. – Doktor Patkiewicz mocno się spieszył, ale oczekuje waszej wielmożności u siebie. A ja...

– Chciałbym prosić o możliwość poprowadzenia śledztwa. – Woronin wszedł starszemu koledze w słowo. Wiedział, że musi działać szybko, inaczej sprawa wymknie mu się z rąk.

– Raczy pan żartować? – Komisarz spojrzał na niego z czymś w rodzaju politowania. – Po tygodniu pobytu w Warszawie?

Aleksander zdawał sobie sprawę, że nie świadczy to na jego korzyść, i że Madame Steiner nie myliła się, mówiąc, że nic nie wie o tym mieście i o panujących w nim stosunkach. Sędzia mógł zlecić robotę komuś bardziej doświadczonemu. Zwłaszcza że sam wyglądał na starego wyjadacza. Woronin jednak nie zamierzał poddać się bez walki. Nie miał ochoty po raz drugi w życiu płacić frycowego i przez rok uganiać się za złodziejaszkami i oszustami. Chciał zacząć od poważnych spraw.

– Poradzę sobie – rzucił hardo.

Osip Dymitrowicz przyglądał mu się z zainteresowaniem. Aleksander poczuł się niepewnie pod spojrzeniem starego urzędnika, ale zachował spokój.

Wreszcie sędzia zakończył oględziny i oświadczył zdecydowanym tonem:

– Wiele osób wolałoby, żebyśmy nie grzebali w tej sprawie. Czekają nas naciski z różnych stron, dlatego lepiej, żeby zajął się tym ktoś, kto nie ma żadnych powiązań... Dam panu szansę.

– Dziękuję. – Aleksander odetchnął z ulgą.

– Nie wiem, czy jest za co. – Mironow uśmiechnął się do niego i przez chwilę wyglądał jak dobrotliwy Bóg Ojciec. – Liczę, że nie poskąpi pan rad młodszemu koledze. – Popatrzył na komisarza, który, choć zaskoczony decyzją, nie ośmielił się oponować.

– Oczywiście.

– W takim razie zaczniemy od obejrzenia miejsca zbrodni.

Langer, do którego dotarło, że jego udział w śledztwie właśnie się zakończył, ukłonił się sędziemu, ale zanim ruszył w stronę wyjścia, zwrócił się do Aleksandra:

– Będę patrzył panu na ręce.

Radca tytularny nie odpowiedział, przynajmniej na razie nie zamierzał przejmować się brakiem zaufania ze strony starszego kolegi.

Choć za oknem zaczynało się rozwidniać, na korytarzu panował półmrok. Woronin cofnął się i zabrał lampę ze stołu w salonie.

Skręcili w boczny korytarz. Tam, pod gabinetem, w którym znaleziono ciało, pokutował przy świeczce stójkowy, pozostawiony na straży przez Chudiszczewa.

– Proszę bardzo. – Aleksander skinął głową policjantowi, który na ich widok zerwał się z krzesła, przybrał postawę zasadniczą i na znak dany przez Mironowa otworzył drzwi.

Sędzia, zanim przekroczył próg pokoju, jeszcze raz przyjrzał się Aleksandrowi, a potem oświadczył oficjalnym tonem:

– Na początek musimy ustalić kilka zasad. Otóż, jak pan się domyśla, prowadzę kilkanaście spraw, a moja doba liczy tylko dwadzieścia cztery godziny. Dlatego zostawiam panu swobodę działania. Może pan zbierać dowody i przesłuchiwać świadków, ale co drugi dzień chcę raport. Pierwszy ma być jutro! Aha... Niech panu nie przyjdzie do głowy aresztować kogoś bez mojej wiedzy. Gdyby zaś o dziwnej porze wydarzyło się coś ważnego, może pan szukać mnie w domu. Byle nie za często, bo żona się złości. I jeszcze jedno, najważniejsze... Nie życzę sobie żadnych skarg na pana!

Policjant, który do tej pory przytakiwał, na znak, że zrozumiał wytyczne, przy ostatnim punkcie jęknął w duchu.

Odkryjcie świat "Warszawianki" - specjalny fragment powieści Idy Żmiejewskiej!
Autor:Ida Żmiejewska

oceń:

Dodaj komentarzKomentarze (0)
Powiązane
Zobacz informacje powiązane z tym autorem

ul. Borowskiego 2 lok. 205
03-475 Warszawa

Dane kontaktowe:

+48 22 416-15-81
kontakt@czytamykryminaly.pl 

Newsletter:
Zapisz się do newslettera i otrzymuj
najświeższe informacje ze świata kryminałów.
Zapisując się na newsletter, akceptujesz politykę prywatności
© Czytamy Kryminaly - All Rights Reserved.